Odnaleziona po 77 latach broń i mapnik polskiego pilota, który podczas walk we wrześniu 1939 roku spadł na pole we Wrzącej koło Błaszek. To kolejne niezwykłe odkrycie, którego dokonali sieradzcy miłośnicy historii przy wsparciu pasjonatów ze Stowarzyszenia „Wizna 1939”. Parę miesięcy temu odkryli szczątki ostatniego sieradzkiego żołnierza wrześniowej kampanii Teofila Jurka, którego dzięki temu udało się po kilkudziesięciu latach pożegnać z honorami. Teraz spięli klamrą niesamowitą historię, jaka połączyła ppor. Pawła Łuczyńskiego i rodzinę Popłonikowskich, która udzieliła lotnikowi pomocy i schronienia.

Broń wraz z mapnikiem przez długie lata spoczywała w ziemi. Została przekazana Popłonikowskim przez Łuczyńskiego w depozyt. Ci osobiste przedmioty żołnierza z obawy przed Niemcami i na polecenie lotnika zakopali na polu we Wrzącej. Jak się okazało na blisko 80 lat.
Początek tej historii sięga czwartku 7 września 1939 roku. Jak przedstawia sieradzki miłośnik historii Robert Kielek, z inicjatywy którego dopisano niezwykły do niej epilog, ppor. Paweł Łuczyński miał już na swoim koncie zestrzelenie dwóch niemieckich bombowców typu „Dornier” Do-17, gdy wspomnianego dnia w kluczu Pzl.11c. ze 132 Eskadry Myśliwskiej Armii „Poznań” zaatakował w rejonie Łowicza niemiecką wyprawę bombową. - Pilot wziął na cel jedną zmaszyn, a był nim kolejny Dornier Do-17. Naszemu lotnikowi seriami z broni pokładowej udało się uszkodzić Niemca. Bombowiec dymiąc oddalał się w kierunku zachodnim lotem koszącym, aby uniemożliwić polskiej „jedenastce” kolejne ataki. Czas płynął, kilometrów przybywało, a Dornier dymiąc nadal utrzymywał się w powietrzu. Polski pilot dwoił się i troił, aby wykończyć intruza, niestety lot wrogiej maszyny nisko nad ziemią uniemożliwiał ostateczne zwycięstwo. W rejonie Gruszczyc podczas manewrowania maszyną Łuczyński zaczepił podwoziem o korony wysokich drzew i runął na ziemię. Inna relacja mówi, że spadł na wskutek utraty śmigła odstrzelonego przez niemieckiego tylnego strzelca ewentualnie przez brak synchronizacji własnego km. strzelającego przez śmigło. 
- Maszyna – jak relacjonuje dalej Robert Kielek - rozbiła się na pograniczu wiosek Wrząca-Gruszczyce. – To wydarzenie z odległości półtora kilometrów obserwowało dwóch mieszkańców Wrzącej Pawlik i Kazimierczak. Na rowerach nie bez strachu podjechali do wraku, gdzie usłyszeli prośbę o pomoc rannego polskiego pilota. Tkwił w zmiażdżonej kabinie PZL.11c. Jak się okazało, ze złamaną nogą i poranioną twarzą. Mężczyźni rowerami przetransportowali Łuczyńskiego do domu Popłonikowskich we Wrzącej, gdzie udzielono pilotowi pierwszej pomocy. Wybór był przemyślany, ponieważ Franciszek Popłonikowski był sanitariuszem podczas I wojny światowej, a córka Weronika była po przeszkoleniu sanitarnym. Widać z tego, że Łuczyński dobrze trafił, sam jednak namawiał gospodarza, aby zgłosił Niemcom, że ma u siebie rannego polskiego żołnierza.
Teren ten od trzech dni był już zajęty przez wroga. - Fama o pobycie rannego u Popłonikowskich rozeszła się z szybkością błyskawicy – podaje dalej Robert Kielek- W nocy tego samego dnia niemiecki patrol zatrzymał dwóch złodziei koni. Chcąc się wykupić, wskazali dom Popłonikowskich jako miejsce ukrywania się polskiego pilota. Żandarmi sprawdzili tę informację i tylko dzięki namowie Łuczyńskiego do ujawnienia jego osoby Franciszek Popłonikowski, a może i jego rodzina uniknęła aresztowania. Rannego oficera Niemcy po dwudniowym pobycie u Popłonikowskich przetransportowali sanitarką do szpitala we Wrocławiu.
Robert Kielek dotarł do tej historii, gdy postanowił odszukać wszystkie okoliczne miejsca lotniczych katastrof z 1939 roku. Tych przybywało, w końcu trafił i do Popłonikowskich we Wrzącej. – Wnuk Franciszka Paweł Popłonikowski opowiedział mi wszystko, co zapamiętał z opowiadań dziadka i ojca Józefa na temat interesującego mnie wydarzenia. Do tych informacji dodał, że jego ojciec z bratem, gdy jeszcze pilot przebywał w ich domu, zakopali na jego polecenie na własnym polu depozyt z mapy lub mapnika oraz z broni osobistej typu „VIS”. Przedmioty te miały być uprzednio dobrze zabezpieczone smarem, szmatami, a następnie złożone w skrzyni. Ideą odszukania depozytu zaraziłem kolegów sympatyków lotnictwa wrześniowego oraz kolegów z stowarzyszenia „Wizna 39”. Sprawy formalne wziął na siebie nasz zaprzyjaźniony archeolog Adam Golański z Łodzi – relacjonuje.
Relacje Popłonikowskich znalazły potwierdzenie. Ale udało się to dopiero na raty. Pierwszą, ale nieskuteczną próbę, podjęto w minioną sobotę. Na efekty poszukiwań niecierpliwie czekali także Popłonikowscy, w rodzinie których pamięć o tym niezwykłym wydarzeniu była kultywowana. – Dziadek czy ciocia szczegółowo o nim opowiadali – zapewnia Józef Popłonikowski, brat Pawła i wnuk Franciszka. – Pilot prosił, by ukryć mapę oraz jego broń i ojciec ze swoim bratem Zygmuntem całość zakopali. Czy kusiło nas, by przez te lata odszukać ten skarb? Kusiło, ale jakoś nie próbowaliśmy. Pamiętaliśmy o całej historii, ale niczego nie szukaliśmy. 
- Czasy nie sprzyjały – dopowiada Natalia Popłonikowska, prawnuczka Franciszka. – Tym bardziej cieszymy się, że teraz dotarli do nas profesjonaliści i będziemy mogli razem zakończyć te historię. No i dalej ją przekazywać. 
Łatwo to nie przyszło, bo za pierwszym podejściem szukanie – mimo użycia specjalistycznego sprzętu czy skanowania terenu, nie przyniosło efektu. Pasjonatów to jednak nie zraziło i postanowili pojawić się na polu jeszcze raz po kilku dniach. Determinacja się opłaciła, bo tym razem natrafili na drewnianą skrzynię, w której znaleźli nie tylko owinięty szmatami pistolet (jaki konkretnie, to okaże się po konserwacji – wielkość wskazuje, że to nie vis – oficerowie mieli prawo wyboru osobistej broni), mapnik z resztkami mapy, a do tego wojskowy pas lotnika. Historyczne znalezisko z miejsca trafiło do Muzeum Okręgowego w Sieradzu, gdzie w środowe popołudnie dokonano otwarcia skrzynki i gdzie przedmioty lotnika mają pozostać na stałe.
Robertowi Kielkowi uśmiech nie schodził z twarzy. – Słońce dzisiaj rano zaświeciło nad okolicą i nam również. Przy pomocy małej koparki po 15 minutach w wykopie pokazał się kawałek drewnianej skrzyni, której poszukiwaliśmy. Kontekst historyczny tego znaleziska jest niebywały. Pilot Łuczyński to postać zasłużona dla II Rzeczypospolitej. Dwa i pół zestrzelonego Dorniera w tydzień walki to wielki wyczyn. Państwo Popłonikowscy pielęgnowali tę historię w rodzinnym zaciszu i cieszę się ogromnie, że okazane mi przez nich zaufanie doprowadziło do tego, że ujrzała światło dzienne. 
Prezes Stowarzyszenia „Wizna 1939” Dariusz Szymanowski podkreśla zespołową pracę. – Ta sprawa była dla nas wyjątkowa. Wiedzieliśmy, że depozyt jest w ziemi, bo urządzenie go wskazywało, niestety szukaliśmy obok. Ale uparcie dążyliśmy do tego, by wrócić i cieszymy się bardzo, że się udało. W kategoriach historycznych jest to bezcenny zabytek zwłaszcza, że znamy właściciela tego depozytu. To konkretna historia konkretnego człowieka, w której postawiliśmy przysłowiową kropkę nad i.
Archeolog Adam Golański, który czuwał nad poszukiwaniami podkreśla, że od początku wierzył w sukces. – Trzeba mieć zawsze cierpliwość – mówi. – Żałujemy tylko, że mapa w mapniku całkowicie się rozpadła, ale cóż – siła wyższa. 
Który moment jest dla poszukiwaczy ważniejszy – gonienie króliczka czy jego złapanie? – Gonienie jest bardzo fajnym elementem, ale złapanie ukoronowaniem wszelkich starań – odpowiada z uśmiechem archeolog.
Dla Popłonikowskich był to wzruszający moment. – To wielka radość. Była niepewność, gdy nie udało się znaleźć tej skrzyni za pierwszym razem, ale jest szczęśliwy finał. I udokumentowanie, że ta historia jest prawdziwa – podkreśla z satysfakcją Paweł Popłonikowski.
Niesamowitości tej historii dodaje jeszcze jedno wydarzenie. Pilot, który przeżył wojnę, a po jej zakończeniu zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, odnalazł cudem rodzinę Popłonikowskich i spotkał się z nią prawie 20 lat temu! Jak przypomina Robert Kielek, doprowadził do tego niezwykły zbieg okoliczności. - Uczniom ze Szkoły Zawodowej w Błaszkach (był rok 85-86) na lekcji historii zadano wypracowanie „Lata okupacji w naszej okolicy”. Jeden z młodych mieszkańców Wrzącej wiedząc, że Józef Popłonikowski zna wiele historii z lat wojny, poprosił go o pomoc w tej kwestii. Ze wszystkich opowieści chłopakowi przypadła do gustu historia o polskim samolocie. Kilka lat później, najprawdopodobniej w 1989 roku, były już uczeń zawodówki sortując ziemniaki na własnym podwórku słuchał głośno I Programu Polskiego Radia. Jego uwagę przykuł komunikat, że były polski pilot wojskowy uczestnik wojny obronnej 1939 roku, który rozbił się w rejonie miasta Błaszki, poszukuje i prosi o kontakt rodzinę ,która wtedy mu pomogła (Łuczyński przebywał wtedy w Polsce na zlocie absolwentów „Szkoły Orląt” w Dęblinie). Chłopak zorientował się, że chodzi o pilota, o którym opowiadał Józef Popłonikowski. Przekazał tę ciekawą informację panu Józefowi, który za pośrednictwem Polskiego Radia nawiązał kontakt z Pawłem Łuczyńskim. Dwa lata później lotnik odwiedził rodzinę Popłonikowskich we Wrzącej. Spotkanie przebiegało w bardzo miłej atmosferze. Łuczyński wszystko nagrywał i robił dużo zdjęć, które później w formie odbitek wróciły do Wrzącej. Kazał się też zaprowadzić na miejsce gdzie bezpośrednio uległ katastrofie.

Tekst i fotografie: Paweł Gołąb
sieradz.naszemiasto.pl